Aby korzystać z pełnej zawartoœci portalu należy się zalogować.

Jeżeli nie masz jeszcze konta to możesz je zarejestrować TUTAJ

Zapraszamy także do dyskusji na Forum SOADsite.pl

Ten aplet jest widoczny tylko dla niezalogowanych użytkowników!

RELACJA Z KONCERTU "SYSTEM OF A DOWN" W KRAKOWIE

RELACJA Z KONCERTU "SYSTEM OF A DOWN" W KRAKOWIE




















SYSTEM OF A DOWN
RELACJA Z KONCERTU W KRAKOWIE

red. Michał „Nomad” Broś / SOADsite.pl




INTRO


Sobota, 17-czerwca 2017 roku, dla polskich fanów System of a Down stała się dniem szczególnym. Tauron Arena w Krakowie została przygotowana do występu „czwórki Ormian z Hollywood” w ramach Impact Festival i jednego z 21-koncertów trasy po Europie.
Dzień, który swoją pogodą niespecjalnie zachęcał do spacerów, nie mógł powstrzymać biało-czerwonych fanów formacji do ponownego zmierzenia się z trzęsieniem ziemi, zbliżającego się pogo.
Czekali oni bowiem blisko 4 lata od pamiętnego koncertu w łódzkiej Atlas Arenie, na której zespół odwiedził Polskę po 15-latach nieobecności w tym kraju.
Tak spory wymiar czasu oczekiwań sprawił, że ochota na ponowne ujrzenie gitarzysty oraz wokalisty Darona Malakiana; wokalisty i kompozytora Serja Tankiana; basisty Shavarsha „Shavo” Odadjiana, a także perkusisty Johna Dolmayana, zdążyła odpowiednio dorosnąć i pomimo dalszego braku nowych nagrań, znów zachęcić Polaków do wielkiego zrzeszenia się pod sceną, na trybunach oraz zabrania ze sobą.. balonów?


„WEŹ BALONA DLA DARONA"


…czyli ogólnopolska akcja koncertowa dla System of a Down, rozpoczęta przez nasz portal SOADsite.pl, rozpowszechniona w ramach „We Want SOAD in Poland” z inicjacji pomysłu Kamila „Mixera” Sordyla, zyskała w krótkim czasie bardzo dobry rozgłos, również dzięki portalom informacyjnym: „Antyradio”, „EskaROCK”, „Teraz Rock”, „Masarnia u Zenka”, „Wiadomości24.pl” oraz „Młody Wschód”.


fot. Radosław Grabowski


Tysiące fanów zjeżdżało się pod arenę, zaopatrzeni w baloniki do nadmuchania i wyrzucenia w powietrze podczas ustalonego utworu (szczegóły), a tych, którzy nie mieli ich z różnych powodów, wyposażali wolontariusze przed otwarciem obiektu i później pod sceną.
Zadaniem akcji było zapisanie się w pamięć zespołu w taki sposób, by świadomie zwiększyć dystans od niechlubnej przeszłości, kiedy to nasi rodacy wulgarnie przegonili Ormian ze sceny, obrzucając muzyków jedzeniem, monetami i co jeszcze było pod ręką.
Zespół zapamiętał sobie na długo nasze zachowanie z katowickiego Spodka, lecz po latach dostaliśmy szansę na odkupienie, podczas koncertu 13-sierpnia 2013 roku, w łódzkiej Atlas Arenie, który nie odbyłby się, gdyby nie poprzednia akcja „We Want SOAD in Poland” i prawie 3 lata nawoływań fanów.
Co do tego wszystkiego mają balony? Otóż w trakcie ostatniego występu w Polsce, przed ukończeniem utworu „Hypnotize”, Daron Malakian pochwycił zabłąkany balonik, który upadł na scenę, by przed kolejnym utworem wypowiedzieć słowa:



„Miło jest dostać balonami zamiast bułkami i drobnymi pieniędzmi.”


Jest to oczywiście kwestia, która nawiązywała do ich pierwszej wizyty w Polsce, jednak tym razem, od samego początku dawaliśmy do zrozumienia, że chcemy ich dojrzale przeprosić, będąc po prostu umiłowaną publiką z prawdziwego zdarzenia i… udało się, byli pozytywnie zaskoczeni, toteż przyjechali ponownie w roku 2017.

Postanowiliśmy jeszcze bardziej odwrócić kartę na korzyść wszystkich i w nawiązaniu do wspomnianego balonika, pomnożyliśmy ilość balonów specjalnie dla Darona Malakiana i reszty.
Czy taki kontrast stał się odpowiedni? Dowiecie się w dalszej części relacji…



PRZED SYSTEMEM


Nastał w końcu moment, w którym pierwsi fani SOAD dotarli do barierek, lecz zarówno z tymi ostatnimi, wypełniającymi resztę sfery Golden Circle, płyty oraz trybun, musieli jeszcze przebrnąć przez 2 poprzedzające supporty.
Jako pierwszy, amerykański band „Red Sun Rising” z Akron w Ohio, nie porwał zgromadzonych. Odpowiedź na ich rockową muzykę członkowie otrzymali jedynie z mniejszego kręgu bliżej sceny, co w trakcie supportów bywa bardzo typowe, aczkolwiek gdzieś w tym tłumie można było usłyszeć jednostki, znające nawet treść niektórych utworów. Trudno zatem doszukiwać się więcej w ogólnym braku zainteresowania, poza tym, że uszy zostały „przeczyszczone” w jakiś sposób.

Monetę nastroju i oczekiwań odwrócił drugi support – szwedzki „Royal Republic” - wprowadzając w stan hipnozy niemal wszystkich. Grupa o silnej pewności siebie; wyrafinowanej twórczości rockowej z kombinacją alternatywy i rock ‘n’ rolla; fasonu dżentelmenów; mocno przemyślanej treści bez zahamowań oraz niesamowitym frontmanie, trafiła w serca publiczności tak, że mięśnie te poruszyły ciała do wcześniejszej produkcji potu. Stylizacja, autentyczność, kontakt, siła i rozmach, jaki zaprezentował ten zespół, zaserwowały nam niespodziewaną, porządną rozgrzewkę.
Panowie z „Royal Republic” zyskali sobie u nas dobrą opinię, toteż nazwa ich bandu pojawiała się na ustach zdumionych jeszcze długo po zakończonych występach, a niektórzy nawet zastanawiali się, czy studyjne wersje utworów są w stanie przebić to, z czym „zderzyli się” na żywo - OGIEŃ!


SYSTEM OF A DOWN


O godzinie 21:00 zapadła znacząca ciemność i podniosła się fala krzyku ekscytacji wyczekujących fanów System of a Down.. a po chwili jeszcze większa, kiedy od prawej strony sceny spostrzegli 3 sylwetki, prowadzone przez światła latarek na właściwe miejsca. Zaczęło się! Po stronie przeciwnej, z mroku wyłoniła się czwarta postać.. oświetlona jako pierwsza, dała brzmienie gitarze marki Ibanez, do podkładu dla początkowych słów, wypowiadanych przez niego na albumie „Mezmerize”: „- Welcome to the Soldier Side, There is no one here but me…” – Daron Malakian w ten sposób przywitał się ze swoją publiką, a publika wtórując, odwzajemniła jemu i pozostałym Ormianom.


fot. Michał Broś


Nadszedł czas na solidne uderzenie, aby dotarło do świadomości wszystkich, że mają do czynienia z System of a Down, dlatego tuż po „otwieraczu” najlepszym utworem, mogącym to wyrazić, jest pierwszy kawałek z debiutanckiego albumu, czyli elektryzujące „Suite-Pee”, które w porównaniu do ostatnich tras, w tym roku było wykonywane w całości. Wreszcie można było doświadczyć charakterystycznej partii basowej Shavo, zwalniającej tempo dla okrutnego growlu Serja Tankiana.
„Suite-Pee” przebudził wszystkich – jeśli ktokolwiek był do tego momentu znudzony, od teraz mógł już jedynie omdleć z narastającego poziomu endorfiny lub z wyczerpania, ponieważ w repertuarze grupy zapisana została 30-pieśniowa dawka dopaminy o podobnej mocy, w zależności od charakteru utworu.

Następnie zabrzmiało silne, pojedyncze uderzenie i cisza – to „Prison Song”. Słowa „They trying to build a prison” zna każdy, kto przygodę z „Systemem” zaczynał od najpopularniejszego ich dzieła – albumu „Toxicity”.
Ulubiony numer koncertowy Johna Dolmayana, śladami poprzednika z setlisty, zaczął przekonywać wszystkich fanów, że SOAD jest dziś w formie. Pogłoski o problemach z gardłem Tankiana wzbudzały obawę, że po występie w Austrii, w Krakowie będzie trochę słabiej, lecz start okazał się przekonujący.


fot. Hugo Kaszyński


Za ciosem rozgrzewki przyszła pora na błogie i zwariowane „Violent Pornography”, którego fragmenty dla zmysłu są niczym fala chłodnego powietrza w upale nad błękitnym morzem – tym właśnie brzmieniem oraz towarzyszącej mu nieskomplikowanej treści, kawałek przyciąga do siebie słuchaczy, pragnących czegoś naprawdę przyjemnego – nie przeszkadzają tu wcale charakterystyczne dla System of a Down, dynamiczne łamańce wokalne, osadzone w zwrotkach, które też z resztą publika z Tauron Areny uzupełniała perfekcyjnie, podnosząc na ich końcówkach właściwe chóry. Ludzie bawili się nie tracąc tempa, przyklaskując do rytmu w odpowiednich momentach tego egzotycznego „ananasa” bieżącej trasy, podczas „krojenia” którego, na fali przepłynął nie jeden crowdsurfer – wcześniej można było to usłyszeć na żywo aż 11 lat temu.

Dalej, dla uspokojenia i zadumy, w tempie nieco wolniejszym, ciężkie „Aerials” jest w czołówce najbardziej rozpoznawalnych kompozycji SOAD. Świadczy o tym znajomość treści w niej zawartej, która aż prosi się o to, aby wydusić z siebie emocje trudu egzystowania i walki o lepsze jutro, co śpiew polskich fanów należycie ubarwiał.
Ten utwór nastraja i spowalnia z dużą dozą ciężkiego metalu – w sam raz, żeby po brawach sprowadzić publikę do mroku, jaki w następnej chwili wprowadza Shavo swoim basem z „Mind”.

Na trasie „Mind” występuje jedynie w formie intra, żeby dokonać po nim mocnego wejścia uderzeniem z innego utworu – „Mr. Jack”. Zanim to nastąpi, mamy chwilę w niepokojącym ambiencie z dogrywkami Darona, wężowej liryce Serja i delikatnych hi-hatach Johna, aby zwrócić w końcu głębszą uwagę na choreografię sceny, a zwłaszcza na projekcje wyświetlane za zespołem. To właśnie dzieło basisty, które nadaje jeszcze więcej klimatu temu, co dzieje się na perskich dywanach, po których stąpa ze swoją nową gitarą. Ich dobór jest tak staroszkolny, jak teledysk do „Sugar”, lecz w aktualnym momencie mamy do czynienia z postacią na wzór tej z pierwszej kasety demo formacji, do czego zrealizowano specjalną sesję zdjęciową retro, na około miesiąc przed trasą.

Zabieg z podmianą intra oraz przesłaniem wizualnym, idealnie komponuje się później z kolejnym tematem poruszonym w „Mr. Jack” - opowieści o policjancie, wykorzystującym procedury za niesubordynację zatrzymanego kierowcy, w oczach którego jest to niesprawiedliwe i nieludzkie traktowanie. W tym progresywnym utworze (i jednym z najstarszych w dorobku SOAD) w wersji z interludium instrumentalnego „Hezze”, także Polska skandowała głosem pokrzywdzonego, wielokrotnie rzucając wyzwiskiem „F**K YOU PIG!!” wespół z Serjem Tankianem. To długa i ciężka pozycja, po której „DDevil” działa na rozładowanie emocji swoim skocznym rytmem z debiutanckiego krążka. John energicznie nadaje ton marszowy parady, do której szyku kolejno dołączyła basista i gitarzysta, żeby wokalista mógł nam trochę pohałasować. Ten „diabełek” to przedsmak przed serią kilku bardziej żywiołowych szlagierów, których na koncertach SOAD od dawna nie może zabraknąć.


fot. Tymoteusz Pietracho


Dwa pierwsze są niemal nierozłączne od 2001 roku – „Needles” oraz „Deer Dance”. Trudno wyobrazić sobie setlistę System of a Down, w której zabrakłoby chociaż jednego z nich. Są znane, a ich refreny wpadają w ucho dość szybko.
„Needles” pozwala się wyżyć – pogo na tej kompozycji jest najwyższych lotów, a kawałek jedzie jak hardcore’owiec, który nie ma nic do stracenia. „Deer Dance” już jest inne, to manifest przeciwko wykorzystywaniu słabszych do załatwiania spraw silniejszych (w tym zabijania).
Ponadto mamy tu kulminacyjny moment ciszy instrumentalnej, w której cała publika wykrzykuje słowa „Pushing little children with their fully automatics, they like to push the weak around!” i prawdopodobnie w całym repertuarze SOAD nie ma drugiego takiego utworu, który oddawałby lepiej tego typu motyw – Polacy oczywiście sprostali temu bezbłędnie.
Tak jak na albumie, oba utwory grane są po sobie i po raz kolejny można na chwilę „stanąć z boku”, by dostrzec, że forma zespołu wciąż jest nieugięta, a o problemie zdrowotnym Serja chyba już zapomniano – świetnie radził sobie z wyższymi i niższymi partiami; wygłupami w jego stylu oraz „growlem”. Jedynie „scream” przeszedł u niego ugruntowaną ewolucję, ale poziom jaki utrzymywał mocą, jest dość często porównywany do osiągnięć podwójnego albumu „Mezmerize / Hypnotize”, zatem wspomniawszy już i kontynuując, począwszy od solówki Malakiana oraz tamburynu Dolmayana, nadeszła pora na utwór z wcześniej wydanej „połówki” w 2005 roku.

Szlagier koncertowy „Radio/Video” nieustannie rozbrzmiewa na trasach od końca „Hiatusu” (przerwy w działaniu zespołu w latach 2006-2010), żeby folkowo rozkręcać tempo taneczne zgromadzonych do granicy totalnego szaleństwa, a w Krakowie przypomina fanom, że należy przygotować się do wielkiej, koncertowej akcji..
Wspomniane baloniki zaczęły być nadmuchiwane, niestety nie wszyscy zrozumieli instrukcję o tym, kiedy należało wyrzucić je w stronę sceny, dlatego wiele osób rozpoczęło działanie przedwcześnie (albo po prostu byli niecierpliwi). Pomimo małego nieporozumienia organizacyjnego, akcji nie można zarzucić niczego złego – kolejna, właściwa fala unoszących się kolorów pojawiła się w chwili, kiedy otwierająca „Hypnotize” melodia Darona przeszła do uderzenia reszty instrumentów i pierwszego wersu frontmana – wtedy wyłoniło się jeszcze więcej balonów, które opanowały praktycznie całą arenę i choć trudno było je odbić na scenę przez nawiewy powietrza, kilka z nich trafiło tam, a reszta wypełniła przestrzeń nad głowami wszystkich, radośnie odbijając się, podczas romantycznego singla. Wieść rozeszła się szerokim echem w społeczności międzynarodowej. Dla zespołu było to również niespodziewane i ekscytujące przeżycie, które wraz z uśmiechami na ich twarzach, można było dostrzec spod sceny - zatem udało się! Nawet Shavo zarejestrował video multimedialnymi okularami i udostępnił ze swojego Snapchata z dopiskiem „The best!!!”.




(przewińcie pierwszą minutę)


Do tego momentu nie było na trasie podobnej inicjatywy.

Wszyscy zadowoleni mogli trochę odpocząć z następną pieśnią, a właściwie jej fragmentem, czyli „Dreaming”, znanej z płyty „Hypnotize”. Kawałek ten towarzyszy trasie w takiej samej formie, jak na „Wake Up The Souls” w 2015 roku i jest wyjątkowo spokojny. W wersji rozszerzonej o solówkę gitarową tworzy mini balladę, a choć utwór ma już ponad dekadę i nadal nigdy nie został zagrany w całości, to i tak wystarczy, żeby dodać występowi świeżości i przygotować odpowiednie wejście dla specjalnego numeru tej trasy – „Pictures” (ze „Steal This Album!”), który dawniej zagrano tylko raz, na Beneficie Souls w roku 2000. Po nazwie, przez niedoświadczonych, mylony z „ATWA”, „Pictures” to utwór o wielu interpretacjach (jak większość pieśni „Systemu”) – jedna z nich opowiada o ukrytym niebezpieczeństwie, jakie sprowadza na człowieka odbiór serwowanych w mediach obrazów w różnych postaciach, inna z kolei stawia na personę, która podejmuje się wyzwań, czasem tylko po to, żeby zrobić sobie w trakcie tych zdarzeń zdjęcie, albo ryzykuje i robi zdjęcie na pamiątkę, podczas niebezpiecznego zdarzenia, które nagle przytrafi się; jeszcze inna jest interpretacją materializowania wyobraźni w sztuce, a kolejna obrazuje umysł człowieka niezrównoważonego psychicznie. Czego zespół nie miałby na myśli, możemy być pewni, że do tego momentu było to najlepsze wykonanie „Pictures” na trasie – idealne instrumentalnie oraz oddane wokalnie, a charakterystyczne „pa-pa-pa-pa” Serja, bawiło chyba wszystkich.

Po „Pictures” nastąpiło pewne podobieństwo do pary „Deer Dance” i „Needles”, mianowicie
tak jak w przypadku tamtej dwójki, tuż po słowach „I’ve got pictures on my mind” kończących kawałek, od razu wchodzi „Highway Song”, który właśnie w tej kolejności plasuje się na trzecim albumie – kolejny rarytas z najmniej komercyjnego krążka robi niebywałe przejście, którego dźwięki, po roku 2005-tym, ostatni raz można było usłyszeć jedynie na próbie, przed koncertem w północnoamerykańskim Camden, 5 lat temu. Solowa partia Malakiana w utworze o podróżach i przemijaniu brzmi dziś perfekcyjnie na starym Icemanie, a Dolmayan miejscami bije w gary, jak ciężka maszyna parowa, nie do zatrzymania.


fot. Jarek Dorsz


Chociaż czas ucieka, a Tankian nerwowo spogląda na zegarek, trzeba cofnąć się do mocno alternatywnego „Darts”, zamykającego setlisty jeszcze w czasach debiutu. Balonów tu już widać w powietrzu nie było, ale jedna z fanek (ImperfectHarmony) postanowiła, że „nauczy latać” przyniesioną przez siebie czerwoną małpkę (podobną do tej, która zwykle wisi na perkusji Johna), wrzucając ją wprost pod nogi swojego idola – wokalisty, Serja Tankiana. Ten zaskoczony, zaopiekował się jednym z symboli swojego zespołu i zasymulował nią wspólne śpiewanie do mikrofonu, po czym wrzucił ją w głębiny pogo.


fot. Jarek Dorsz


Tykających wskazówek zegara w formie machania rękami również nie zabrakło – Tankian nadał im rytm, a Odadjian napędzał je dodatkowo po swojej stronie.
Przezabawny element z miauczeniem, który od 2011 roku stał się patentem sytuacji utworu, na dodatek został okraszony wizerunkiem kota na projekcji.

Skoro już mowa o kotach, przyszedł czas na to, „co tygryski lubią najbardziej”, czyli „Bounce”, znany fanom System of a Down jako najlepsza metafora do pogo na koncertach. Po ostrym screamie Darona („I can’t here you!!!”), poprzedzającym tą nutę, trzeba było być gotowym na wspomniane „trzęsienie ziemi”, na które tak naprawdę czekali wszyscy, znajdujący się na płycie oraz sferze Golden Circle, żeby dać również imponujący widok ludziom na trybunach, w trakcie synchronicznego skakania po słowach Malakiana: „It’s time for you motherf*cker, to jump up and down, GO!”.

Przeszła ponad połowa koncertu, wszyscy już dawno są rozgrzani, więc pora na standardową trójcę utworów, która też dobrze trzyma się od wielu lat i tylko rozpoczynające ten cykl „Suggestions” bywa czasem ruchome w setlistach. „Post-hipnotyczne sugestie” znów zostały zwizualizowane z wyobraźnią przez hasającego po scenie Odadjiana, dokładając do krążącego po publice światła patrolującego reflektora, projekcję latarni morskiej w tle, dającej światło podczas sztormu. Przed wydaniem drugiego albumu „Suggestions” pełniło tą samą rolę, co „Bounce” dla skoków, nakręcony o moment mroczniejszy niż „orgia z pogo-stick” (cyt. Serj Tankian, 2002) i dziś raczej wykonuje się na nim headbangowanie (ruszanie głową w dół i w górę), niż skacze. Ten numer to również idealny tester głosu wokalizy i choć koncertowo zaszły pewne ewolucyjne zmiany względem pierwowzoru, na przestrzeni ostatnich lat, to nowa wersja z pewnych względów nie jest mniej wymagająca, a sprostanie jej to jeszcze jeden dowód na to, że tego dnia mogliśmy być dumni, jak Serj zarzyna dla nas swoje struny głosowe.


fot. Marcjanna Wimonć


Następnym krokiem „trójcy” jest słynne „Psycho”, posiadające zmienne intro, które składa się z fragmentów różnych coverów. Tutaj na podkładzie basisty, Daron zaśpiewał „PhysicalOlivii Newton-John, a dla odmiany wtórowała mu jego własna dłoń, którą symulował gęsi dziób, jak brzuchomówca.
Podobno utwory o miłości dobrze się sprzedają, lecz „Psycho” jest bardziej kontrowersyjne, a to na przekór skuteczniej sprawia, że treść „psycho-groupie-cocaine-crazy” polska publika idealnie wymawia.
Popisowy numer Darona Malakiana z malowniczą solówką na koniec, przedłużoną o motyw „złej baletnicy”, jest dla uszu czymś wysokich lotów, za każdym razem, kiedy w nie ląduje. Po tak wzniosłej kreacji, utworem godnym jeszcze większej kulminacji jest jeden ze 100-najważniejszych w historii metalu – „Chop Suey!”. Tego akurat nikomu nie trzeba przedstawiać – ze świecą wśród głuchych należałoby szukać miłośników gitarowych brzmień, nierozpoznających melodii gitarzysty, którą płynnie wchodzi początek pieśni o „aniołach, zasługujących na śmierć”. To „Wake Up! Grab and push a little make up!” jest tak znane, że w całej Tauron Arenie nie było w tym momencie duszy, która nie śpiewa. Wszyscy znów przeżywają tą silną, dynamiczną, ale za razem dramatyczną historię, z początku której Serj Tankian namawia na klaskanie do rytmu, a ludzie to robią ochoczo oraz biją brawo z owacjami na koniec.
„Chop Suey!” wydobyło z fanów „siódme poty”, więc czas na trochę odpoczynku przy czymś spokojniejszym.

Opowieść „Lost In Hollywood” to najdłuższa ballada czwórki Ormian, której głównym przewodnikiem jest Daron – brzmi jak legenda o pułapkach show-biznesu, zastawianych przez ludzi z tytułowego Hollywood. Na koncertach ma też swoje tradycje, a tych w Polsce nigdy nie trzeba było przedstawiać, widząc, iż od samego początku zapalone światełka w roli latarek oraz ogników z zapalniczek, tworzą gwiezdną scenerię tego wieczoru. Później, zgodnie ze wskazówką przewodnika, wszyscy unoszą ręce do machania na lewo i prawo, „jakby nie przejmowali się niczym” - dla trybun kolejny cudowny widok.


fot. Patrick Lachman


Po tym utworze, w przerwie, na tle owacji, frontman, przepasając na ramieniu gitarę akustyczną, postanowił sprawdzić nasze nastroje, zwracając się do nas, przed rozpoczęciem „Question!”:

„Hej, dobrze się bawicie? Chciałbym tylko powiedzieć, że to dla nas zaszczyt być w tak historycznym mieście w Polsce. To też zaszczyt być tutaj z Wami, dziękujemy, że jesteście.”


Każdemu z nas w życiu, jakaś bliska osoba odeszła na tamten świat, dlatego „Question!” jest bardzo smutnym utworem, ale pozwalającym przynajmniej bardzo głośno wykrzyczeć emocje tęsknoty za tymi osobami, które gdzieś nadal mamy w sercu i w pamięci. Po tym żywiole, kilka nowych, luźnych uderzeń strun Darona, przywołuje w głowie kroki samotnika ze spuszczoną głową, jako intro do ballady, która zamyka dotychczasową videografię zespołu – „Lonely Day”. Utwór wyraźniej chwyta za serca przedstawicielki płci pięknej, co dało się odsłuchać w ich odzewie na pierwsze dźwięki, dochodzące ze strony sceny. Wszyscy jednak znają jej treść i wszyscy znów zapalają światełka – każdy bowiem miewa taki samotny dzień. Być może przez chwilę miał go też Malakian, kiedy potrącił króliczka swoim samochodem i jak to stwierdził „poczuł się jak dupek”, ale to już inna historia, a jej następstwem stał się cały utwór wyrażający tą tragedię, dający początek tworzeniu sesji „Mezmerize / Hypnotize” i w konsekwencji zagranie „Kill Rock ‘n’ Roll” również w Krakowie.
Panowie nie przemieszczają się już po scenie tak, jak kiedyś, także z powodów technicznych, lecz tutaj Serj postanowił zaśpiewać tą pieśń z podium, osadzonego z tyłu, blisko Johna, na które już kilka razy wspinał się podczas koncertu. Jedynie Shavo zdaje się ogólnie zmieniać pozycję częściej od reszty – zwłaszcza od perkusisty (śmiech), którego odwiedza, żeby lepiej synchronizować się instrumentalnie i potowarzyszyć przyjacielowi.


fot. Jarek Dorsz


W końcu musiało paść pewne pytanie: „Czy jesteście gotowi na trochę więcej rock’n’rollowej muzyki od System of a Down?!!” – wypowiedziane trzykrotnie (z każdym razem głośniej) przez gitarzystę z Małej Armenii. Odpowiedź fanów nie mogła być przecząca, na co rozpoczęto „B.Y.O.B.” (Bring Your Own Bombs) zamiast niegdyś „Suite-Pee”.
Słuchanie beztroskiego „Everybody’s going to the party have real good time”, w tej części koncertu było trochę dziwnym doświadczeniem, z tego względu, że od premiery na żywo, utarło się to gdzieś we wczesnej części repertuaru i można było mieć teraz wrażenie, że występ dopiero się rozpoczął, a nie zmierzał ku końcowi. Męska część fanów nie mogła oczywiście nie zauważyć projekcji basisty, na której orientalne, skąpo ubrane dziewczyny tańczyły z workami na głowie – także przy wybuchowej kwestii „Blast off, it’s party time!…” na wyświetlaczu pojawiły się obrazy spektakularnych wybuchów w przekornych przesłaniach antywojennych i dopingujących pogowiczów do wyzwalania z siebie jeszcze większej energii.

To nie koniec niespodzianek, kiedy następnie, z równie wielkim ADHD, na arenę wchodzi „This Cocaine Makes Me Feel Like I’m On This Song” – tytuł, którego długości nazwy nie da się nie zauważyć, mówi sam za siebie i podtrzymuje na parkiecie alternatywne szaleństwo, serwując lirykę z pozoru zupełnie bez sensu, jako kolejną rozmaitość tegorocznej trasy, na której album „Mezmerize” figuruje jako jeden z przeważających.


fot. Jarek Dorsz


Po „Kokainie”, wtajemniczeni czekali na coś specjalnego przed „Cigaro”, lecz gitarzysta przez sekundę zasiał pewną obawę w sercach najstarszych fanów, jakoby miało to nie wydarzyć się, wpadając odruchowo w oklepane już do znudzenia intro „My Cock”. Po paru nutkach wycofał się z tego brawurowo, przechodząc w oczekiwane „DAM” – pieśń, ze wspomnianej wcześniej, pierwszej kasety demo, której treść potrafili zaśpiewać z nim tylko nieliczni obecni, a pojawienie się jej w Polsce było dla nich zaszczytem, patrząc na unikalność jej występowania – żeby to jeszcze bardziej podkreślić, z ciekawostek warto wspomnieć, że na poprzednich koncertach tego roku, w miejscu „DAM” grano równie unikatowe „Honey” oraz „Roulette”, a czasem nic (szczególnie na festiwalach).
„DAM” sprawdza się także przed bezczelnym „Cigaro”, które z radosną przechwałką "My cock is much bigger than yours!" w treści, znów sieje spustoszenie na miejscach stojących.

Niedługo wszyscy będą już mogli odpocząć, ponieważ znajdujemy się prawie na mecie. Zwiastują to pierwsze dźwięki „Toksycznego Miasta” - w skrócie „Toxicity”. Nie ma to jak kończyć imprezę czymś, co wszyscy znają i pomaga im to raz jeszcze zjednoczyć się w śpiewie, do czego Serj Tankian namawia, chwaląc przy tym zachwycony, jaką piękną publiką jesteśmy.
W kulminacyjnym momencie utworu, którego pomysłodawcą jest Shavo Odadjian, Daron Malakian prowadzi akcję, której celem jest rozkręcenie dużego „circle pit”, czyli pogo, w którym fani biegają w kółko po jego obwodzie, przybliżając tak klimat, znany z teledysku. Tendencja ta ponownie zostaje podtrzymywana z końcem „Toxicity”, by za chwilę okrzykiem „And.. Let’s get ready to rumble!!!” przejść w numer finałowy – „Sugar”.


fot. Jarek Dorsz


Wszyscy wiedzą, że to już koniec i trzeba wyszaleć się ostatni raz, a ten kawałek niczemu innemu lepiej nie służy. Tym silnym i optymistycznym akcentem dobiliśmy więc do słów „In the end it all goes away”, które definitywnie zamykają setlistę, pozwalają odpocząć oraz nie mieć nadziei na żadne bisy – to już wszystko i w tej materii najprawdopodobniej nic się nie zmieni. Chłopaki dziękują i schodzą ze sceny, rzucając fanom ostatnie fanty - John Dolmayan robi to już rytualnie kłaniając się na końcu wszystkim zgromadzonym, a także żegna się jako ostatni.

Publiczność zadowolona i wybawiona po raz kolejny oddała z siebie masę energii.
Wszyscy w euforii odnajdują się i powoli kierując się do wyjść, dzielą się ze znajomymi swoimi przeżyciami, związanymi z niezapomnianym występem w Krakowie.





OUTRO


Tegoroczny koncert w Polsce okazał się być jeszcze lepszym od poprzednika z Łodzi.
Pomimo braku nowych utworów, wyraźne zmiany w setliście nie dały nam uczucia wtórności w zabawie. Presja czasu festiwalowego nie ujęła żadnych pieśni; nie odnotowano problemów technicznych, a zarówno publiczność, jak i zespół reprezentowali najwyższy poziom oraz formę.
Akcje koncertowe oczarowały wszystkich, a społeczność międzynarodowa uznała występ za najlepszy na trasie do tej pory. Pojawiły się również flagi Armenii.
Jako polscy fani, możemy być dumni z siebie i pewni, że hollywoodzcy Ormianie nie zapomną o nas w przyszłości, o czym świadczą impresje multimedialne z ich strony,
udostępnione nieco później w sieci.
Niektórzy mieli jeszcze więcej szczęścia spotykając basistę oraz perkusistę
przed i po występie w Krakowie.




Przy okazji linkujemy profesjonalne galerie zdjęciowe z koncertu, do których warto zajrzeć:

Tarakum Photography
Antyradio
Antyradio (publika)
Teraz Rock
EskaROCK
NaszeMiasto.pl

A jeśli chcecie przeżyć to jeszcze raz, to polecamy poniższe nagranie całego koncertu od da Qhty:


część 1:


część 2:


Na koniec dorzucamy jeszcze setlistę wykonanych utworów:


Soldier Side - Intro
Suite-Pee
Prison Song
Violent Pornography
Aerials
Mind (intro)
Mr. Jack
DDevil
Needles
Deer Dance
Radio/Video
Hypnotize
Dreaming (fragment)
Pictures
Highway Song
Darts
Bounce
Suggestions
Psycho ("Physical" Olivii Newton-John na intro)
Chop Suey!
Lost in Hollywood
Question!
Lonely Day
Kill Rock 'n Roll
B.Y.O.B.
This Cocaine Makes Me Feel Like I'm on This Song
DAM
Cigaro
Toxicity
Sugar


Dziękujemy za pomoc w realizacji akcji oraz za zdjęcia i filmy do tej relacji!

Komentarze

ImperfectHarmony dnia czerwiec 23 2017 15:44:00
Nigdy się tak nie wyszalałam. Iszkur mnie opętał! :D
Muszę kupić nową małpę. Trzeba ją przygotować do kolejnej misji. :D
Everybody wants to be an astronaut, to fly straight on the stage while SOAD's playing :)
Chainekken dnia czerwiec 24 2017 16:53:18
Nomad pisujesz gdzieś? :) Świetna relacja i dzięki wielkie za nią, jako że nie mogłem przybyć do Krakowa :( Akcja wyszła wam super, z opadniętą szczęką oglądałem nagranie z Hypnotize. Naprawdę wielkie brawa i szacun, pokazaliście jak nikt na tej trasie, że warto do nas przyjeżdżać. Super!
NOMAD dnia czerwiec 24 2017 21:16:47
Zdarza mi się czasem coś skrobnąć ;) dzięki Chainekken - cieszę się, że mogłem Cię wspomóc chociaż swoją wyobraźnią z domieszką multimediów :D
Brawa za ideę należą się Mixerowi - to on czekał na odpowiedni moment, żeby być pewnym, że jego pomysł będzie mieć sens względem trasy i przedstawił go nam. Chociaż czasu było niewiele (praktycznie, tzw. "za 5 dwunasta"), wzięliśmy się za realizację, wierząc, że to może udać się zwłaszcza, że dostaliśmy odzew zainteresowania od fanów oraz wsparcie znanych serwisów informacyjnych.
JacobJajson dnia czerwiec 25 2017 19:06:19
Nomad, bardzo fajnie napisana relacja, super było odtworzyć sobie wspomnienia z Krakowa.
NOMAD dnia czerwiec 26 2017 01:51:12
Dziękuję JacobJajson :)
Niebawem relacja trafi na stałę do działu artykułów i będzie można do niej wracać, kiedy tylko dusza zapragnie.
To wartościowa pamiątka dla nas wszystkich.
Pozdrawiam!

Dodaj komentarz

Zaloguj się, aby móc dodać komentarz.